Jest mi niezwykle miło przedstawić kolejny album Roberta Pieculewicza, a tym samym poddać go ocenie. Kiedyś pisałem, że zawsze będę śledził poczynania tego artysty dodając, że z niecierpliwością czekam na kolejne albumy - kolejne albumy są więc poczuwam się w obowiązku do złożenia krótkiego raportu z dokonań tego znamienitego gitarzysty.
"Electric Heart" to materiał, który dostarczy nam tego, czego oczekujemy - gitarowe kompozycje w najwyższym stylu oprawione dobrą aranżacją.
Wszystko zaczyna się utworem "Toy Soldier" - wnikliwi zapewne dopatrzyli się pliku wideo zamieszczonego na stronach You Tube z tym kawałkiem - ponieważ ten punkt programu nie był mi obcy, moja noga bezwiednie zaczęła niszczyć angielskie panele w rytm tej ponad czterominutowej kompozycji.
Później mamy dwa utwory, które moim zdaniem nie przedstawiają szczególnej wartości artystycznej - ta sentencja może zadziwić tych, którzy czytali moje poprzednie recenzje płyt pana Roberta - pozbawione były bowiem krytycznych uwag - gdybym dzisiaj pisał pierwszy raz o "Electric Heart" zapewne nie wetknąłbym ani jednej szpilki w ten materiał, ale od artysty światowego formatu posługującego się instrumentem w sposób profesjonalny, oczekuję po prostu najwyższej jakości, a tutaj otrzymujemy - powiedziałbym - zbyt mdłe - mało wyraziste nuty.
Ale uwaga - nadchodzi "She" - otóż z kolei tą kompozycję uważam za jedną z lepszych, o ile w ogóle nie najlepszą w całym dorobku naszego asa gitary elektrycznej. Oprócz typowych dla Pieculewicza zagrywek doczekamy się tutaj wspaniałych emocji - tytuł zresztą sugeruje, że chodzi tutaj o kobietę, a te jak wiadomo kumulują w sobie mnóstwo różnego rodzaju uczuć - pięknie i delikatnie.
Po wspomnianej wyżej perełce następuje całkiem niezła i lekko tajemnicza "Charon" po ty by za chwilę znowu zaskoczyć nas emocjami w "Shadow and Dust".
Na finiszu żegna nas.... piosenka - tak, tak - doczekaliśmy się słów między kaskadą dźwięków - anglojęzyczna typowa dla starego dobrego rocka "Stay Away From The Dark".
W podsumowaniu pragnę jedynie dodać, że pan Robert przywrócił mi wiarę w stare dobre granie na gitarze - słucham jego kompozycji z niemniejszą ochotą jak płyt Steve Vai'a czy Joe Satriani'ego z początku lat dziewięćdziesiątych.
Zapraszam i zachęcam do słuchania - warto!
Powyższą recenzję można również przeczytać na wortalu www.muzykomani.pl